|
Archiwum
Zakładki:
Zapraszamy
|
sobota, 23 września 2006
Aidan Baker - Within the Final Circle
Aidan Baker to artysta zamieszkały w Toronto. Pisarz, poeta, muzyk. Postać niezwykle twórcza i kreatywna. Współtwórca takich projektów jak ARC, Mnemosyne, czy Nadja. Pod swoim nazwiskiem wydał niezliczoną wprost liczbę albumów. Oddany idei do it yourself w cdr labelach, net labelach, czy w swej wytwórni Arcolepsy Records. W częstym porównaniu do Keitha Fullertona Whitmana i Briana Eno jest sporo racji, łączy bowiem Bakera z tymi artystami zamiłowanie do ambientowych pasaży i eksploracji możliwości gitarowego dźwięku.
Na album Within the Final Circle składają się trzy długie kompozycje, trwające łącznie niemalże 45 minut. Pierwszy utwór Shadow of Death/Dream On to pełna zapętleń, rytmicznych powtórzeń, rosnącego natężenia dźwięku dronowa podróż w nieznane, na końcu której czeka wytchnienie w sielskiej atmosferze – o sprzeczności! – odgłosów moszczenia się inferalnych stworów, powtórzonego wielokroć samotnego, bo wyrwanego z otoczenia, dialogu. Tak, to już drugi utwór Godwound. Wyzbyty niepokoju, tchnący spokojem, ale spokojem tych, którym dana była tylko chwila wytchnienia. There is no out of here... jest tego potwierdzeniem, dark ambientową konfirmacją wiszącej w powietrzu obietnicy śmierci. Ta minimalistyczna, lecz z rozmysłem budowana konstrukcja wyraża godną podziwu jedność opowiadanej historii. Stanowiące zwarte jednostki sensu utwory ujawniają się nie na poziomie fizycznej percepcji – zdają się być jedną kompozycją, lecz na poziome postrzegania ich znaczenia. Album można ściągnąć za darmo ze strony specjalizującego się w wydawaniu eksperymentalnej muzyki (ambient, noise, etc.) net/cdr labelu Mirakelmusik. (k.k.) 1. Shadow of Death / Dream on 2. Godwound 3. There is no out of here... Mirakelmusik, 2005.
niedziela, 03 września 2006
Boxhead Ensemble - Quartets
Kiedy muzyka staje się interesująca i ciekawa? Każdy będzie miał na to pytanie inną odpowiedź, bo zapewne każdy będzie oceniał muzykę własnymi kryteriami. Dla mnie, muzyka jest istotna wtedy, kiedy pozwala słuchaczowi na wolność w jej interpretowaniu, kiedy zostawia pewien obszar niedopowiedzenia i możliwości dopisania do poszczególnych utworów własnej historii, albo też własnych wyobrażeń. Są grupy, które potrafią to robić. Boxhead Ensemble, jest właśnie grupą, która zostawia słuchaczowi przestrzeń pewnego rodzaju wyboru i pisania własnej historii. To bardzo dużo. Skład tego kolektywu jest płynny. Na płycie Quartets wystąpiły sławy chicagowskiej sceny: Jessica Billey (SMOG), Michael Colligan (Pillow), Ryan Hembrey (Edith Frost, ex-Pinetop Seven), Glenn Kotche (Wilco, Jim O'Rourke, Loose Fur), Fred Lonberg-Holm (Terminal 4, Brötzmann Tentet, Concertina Wire), Scott Tuma, a lideruje im Michael Krassner (Lofty Pillars). Przy tylu indywidualnościach i osobowościach istnieje ryzyko, że każdy z nich będzie próbował pokazać, na co go stać i wysuwać się przed szereg, ale bez obaw. Boxhead Ensemble pracuje, jak jeden organizm. Charakterystyczne dla muzyki Boxhead Ensemble jest to, że ona nigdzie się nie spieszy, nie pędzi z szybkością światła robiąc przy tym spustoszenie wokół siebie. Wręcz przeciwnie delikatnie rozlewa się zabierając słuchacza w jego własną podróż, leniwie sączy się z głośników i koi swoim spokojem, duchowością i tajemnicą. Tak jest przez cały czas trwania tej płyty. Utwory nie mają tytułów, jedynie numery oznaczające ich kolejność, co może być dowodem na to, że Michael Krassner i spółka pozostawia wolność w jej interpretowaniu, jak również w nazewnictwie, bo zapewne każdy będzie dopisywał do poszczególnych utworów swoją własną opowieść, wspomnienie, bądź też marzenie. Można by oczywiście szufladkować muzykę z tej
płyty, dobierając odpowiednie nazewnictwo, kategorię, tylko... po
co? (mm) 1. One 2. Two 3. Three 4. Four 5. Five 6. Six 7. Seven Atavistic, 2003.
poniedziałek, 28 sierpnia 2006
Venetian Snares vs. Bong-Ra - 4 Adaptations Of Rossz Csillag Alatt Született
Nieczęsto się zdarza, ażeby remiksy przebiły swój pierwowzór, rzadko się też zdarza, ażeby mu dorównały. Nie jest to jednak niemożliwe, czego przykładem płyta znana wielu, choć nieco zapewne już zapomniana. Mowa tutaj o Third Eye Foundation i płycie I Poo Poo On Your Juju. To swoiste arcydzieło pozostawia jednak daleko w tyle 4 Adaptations Of Rossz Csillag Alatt Született, gdzie Bong-Ra (aka Jason Kohnen) poddaje "obróbce" utwory Venetian Snares z Rossz Csillag Alatt Született.
Szczerze powiedziawszy, trudno stwierdzić, gdzie tu pobrzmiewa oryginalny wkład Bong-Ra. Brak tu jakiekolwiek indywidualnego piętna odciśniętego na tej muzyce, która interesująca jest tylko dla tego, że interesujący był jej pierwowzór. Nie, to nie jest słaba epka, słucha się tego dobrze. Ale ten fakt nie jest wystarczającą rekomendacją, by koniecznie się z tymi remiksami zapoznać. W kategoriach marketingowych, to kolejna pozycja w katalogu, podjęta na małą skalę próba odcięcia kilku kuponów od sukcesu (w tym i artystycznego) swego pierwowzoru. (k.k.)
A1. Felbomlasztott Mentökocsi (Bong-Ra Remix) Planet Mu, 2006.
środa, 08 marca 2006
Labradford - E Luxo So
Twórczość zespołu Labradford, nie wiem czemu, kojarzyła mi się z muzyką, która wpisuje się w klubowo-acidjazzowe-chillout’owe schematy. Muzyką, która zdobywa puste serca bananowej młodzieży w oryginalnych wdziankach, pulsującej w idiotycznym tańcu na parkiecie. Młodzieży spod znaku cool, trendy i jazzy, jednakże takiej, której mocniejsze, wulgarne słowa nie przejdą przez gardło. Ot mówiąc krótko: snobistyczna, do wyrzygania ładniutka muzyka. Jakże się myliłem. Dźwięki, jakie tworzą panowie: Mark Nelson, Carter Brown, i Robert Donne niewiele mają wspólnego z graniem, jakie można usłyszeć w chill-room’ach dla zmęczonej, zaćpanej, wymieniającej płyny ustrojowe młodzieży (cholera, dlaczego ja od dłuższego czasu to już nie młodzież), jednakże są one łatwo przyswajalne, lecz niebanalne, działają odprężająco, kojąco i lekko nasennie niczym jakieś ziołowe, śmierdzące proszki. Nie oznacza, to oczywiście, że muzyka grana przez trzech wyżej wymienionych panów jest nudna niczym brazylijski serial, dzięki któremu można szybko zasnąć. Brzmienie płyty E luxo so idealnie nadaje się na odsłuchanie na krótko przed snem. Można także skorzystać z funkcji „repeat” i pozostawić płytę grającą gdzieś tam w otchłani ciemnego pokoju, a zapewne delikatne i płynące plamy dźwięku zaindukują nam kolorowe, ciepłe i przyjemne sny.
Powracając do konkretów. Łatka czy szufladka, w jakiej można umieścić dokonania Labradford to elekroniczno-akustyczny post rock przyprawiony ciemnymi ambientowymi plamami. Płyta została nagrana w 1999 roku i od tego czasu wciąż zachwyca, a muzyka nie niesie ze sobą piętna upływającego czasu – nie zestarzała się niczym piękna niegdyś a dziś już przebrzmiała z obwisłymi piersiami i opadającym tyłkiem sexbomba, której zabrakło pieniążków na dobrego chirurga. Utwory zawarte na albumie mają podobna strukturę i linie melodyczne. Płyta dla tych, którzy dzięki muzyce chcą się „zregresjonować” do stadia wczesnego dzieciństwa, w którym chcieliśmy słuchać tej samej bajki w nieskończoność, czerpiąc z tego niekłamaną i ogromną przyjemność. Taka jest muzyka Labradford. W niemal każdym utworze przewija się główny motyw wygrywany na gitarze akustycznej, z towarzyszeniem fortepianu. W tle pojawiają się elektroniczne trzaski, dźwięki, plumkania, które stanowią estetyczne dopełnienie muzyki żywych instrumentów. Wszystkie te elementy są wykorzystane w bardzo oszczędny, minimalistyczny sposób. Monotonia, melancholia, smutek, znużenie, lekkie przygnębienie, ale także subtelne piękno, delikatne promyki słońca przebijające się przez chmury, trochę infantylizmu, romantyczności to klimat jak kreują muzycy tejże grupy. Cała płyta sprawia wrażenie soundtracku do nieistniejącego filmu lub koncept-albumu, w którym przewija się natrętnie dźwiękowa rysa. Podsumowując: muzyka do odpoczynku po ciężkim dniu, jako remedium na bezsenność, jako towarzysz perfidnego lenistwa w ciepłym łóżku. Spotkanie z pięknem z dodatkiem wynikającej z tego faktu melancholii, gdyż chyba każde piękno przywołuje smutek, czy niepokój wynikający z tego, że możemy je stracić. W tym wypadku, co najwyżej może ktoś nam płytę pożyczyć na tzw. „wieczne oddanie” lub mogą wyłączyć nam prąd. Polecam. (roni) 1. 1 2. 2 3. 3 4. 4 5. 5 6. 6 Kranky, 1999
wtorek, 07 marca 2006
Tujiko Noriko - Blurred in My Mirror
Gdzieś między Björk a Haco, ex-wokalistką obrosłej legendą grupy After Dinner, jest ląd zamieszkały przez dziewczęcą Tujiko Noriko. I choć Blurred in My Mirror jest piątą płytą w jej dorobku, w którym są płyty nagrywane dla zasłużonej wytwórni Mego, w tym też i z samym Peterem Rehbergem, to pozostaje wciąż gdzieś na marginesie muzycznego świata. Tam zatem, gdzie dzieją się rzeczy najciekawsze.
To ląd poplątanych myśli, schizofrenicznego doświadczenia klaustrofobii, bolesnej rozłąki i grozy samotności. Prowadzi po nim zbolałem głosem, by po chwili zwieść nas, ześlizgującym się w jej rodzimy język, ni to śpiewem, ni to szeptem. Tylko po to, by eksplodować perwersyjną zmysłowością. Tylko po to, by ukoić aksamitnym jękiem rozkoszy. Rozmija się z muzyką, jakby w swych opowieściach szukając całkowitego zapomnienia. Przyglądamy się kreowanym przez nią światom, rozmytym i zniekształconym, jakby w zwierciadle. Ocierając się o wyrafinowany pop, rozsadza jednak jego muzyczne ramy. Najbardziej ciekawiej robi się tam, gdzie trywialna piosenkowa konwencja rozpada się i robi miejsce bardziej subtelnym i skomplikowanym strukturom muzycznym, nasyconym mniej lub bardziej konwencjonalnymi dźwiękami. Gitara, perkusja miesza się z elektroniką, przywodzącą na myśl najlepsze dokonania przedstawicieli glitch. Nie sposób tu nie wspomnieć o So, kolaboracji Markusa Poppa (Oval) oraz Eriko Toyada. Który w swej melancholijnym erotyzmie bliski zdaje się być Tujiko Noriko. Blurred in My Mirror jest płytą której potrzeba czasu, choć są na niej momenty, które od pierwszych dźwięków zawłaszczają naszą wyobraźnię. Nie czyni tego chwytliwy melodiami, takich niemalże tutaj nie ma, lecz swą ulotną, subtelną aurą. Zasługa to w dużej mierze Lawrence English, autora muzyki i słów do większości utworów z tej płyty oraz Aki Onda, współautora porywającego i przebojowego Tablet for Memory. (k.k.) 1. Niagara Hospital 2. Tablet For Memory 3. I'm Not Dreaming, King 4. Switch Of The Sun In You 5. Shayou (Setting Sun) 6. Tennisplayer Makes A Smile 7. Magpies And Mornings Room40, 2005
poniedziałek, 06 marca 2006
The Evens - The Evens
The Evens podobnie zresztą, jak French Toast to kolejny duet, tylko tym razem damsko-męski, i kolejna debiutancka płyta wydana przez Dischord w roku 2005. Po tym, jak nadeszła wiadomość o zamrożeniu funkcjonowania legendy gitarowego grania, mowa tutaj o Fugazi, członkowie tej grupy nie zasypali gruszek w popiele, wręcz przeciwnie. I tak Brendan Canty zajął się prowadzeniem własnej firmy – Trixie Records, która ma na celu rejestrowanie na taśmie filmowej ważniejszych zespołów ze sceny niezależnej. Guy Picciotto oddał się pracy producenta muzycznego i odwala kawał dobrej roboty, przykład - ostatnia płyta Blonde Redhead, za którą jest odpowiedzialny. Chyba jedynym, który odpoczywa jest Joe Lally. Natomiast Ian MacKaye robi to, co robił zawsze, czyli prowadzi Dischord, nagrywa wspólnie z Donem Zientarą zespoły pochodzące z Waszyngtonu lub jego okolic, no i wreszcie wspólnie z Amy Farina (kiedyś The Warmers) założył The Evens.
Materiał na tę płytę został nagrany latem 2004 w Inner Ear Studio i zawiera dwanaście utworów, zagranych na gitarze barytonowej obsługiwanej przez Iana i perkusji, za którą zasiadła Amy. Oboje udzielają się wokalnie. Muzyka, jaką prezentują nam The Evens odbiega od tego, co do tej pory prezentował Dischord, chociaż pojawiło się kilka płyt, które pokazały, że nie tylko hard corem i sonicznymi zagrywkami wytwórnia ta słynie. The Evens nie grają ani emo, ani też gitarowych sprzężeń w ich muzyce się nie uświadczy. To, co charakterystyczne dla The Evens to spokój. Gitara i perkusja spokojnie ze sobą współpracują, nawiązują dialog, podobnie zresztą, jak wokale. Panuje pełna harmonia. Są utwory na tej płycie wyciszone, szeptane, niemalże tajemnicze z głosem płynącym z oddali i takim samym brzmieniem bębnów, z delikatnym plumkaniem gitary. Znajdują się również takie, gdzie duet wlewa w słuchacza odrobinę energii i radości przez żwawszą pracę perkusji i energiczniejszą grę gitary. Wszystko jest tutaj poukładane, może nawet aż za bardzo. Jest kilka utworów, które od razu wpadają w ucho i błąkają się po głowie przez dłuższy czas, są też takie, które trzeba przesłuchać kilka razy żeby mogły być zapamiętane, ale są też i takie, co przechodzą bez większego echa. Trochę brakuje na tej płycie jakiegoś akcentu, może większej spontaniczności, trochę więcej żywiołu, który by wyrwał z tej sennej atmosfery, która ciągnie się niemal przez całą płytę. Nie chcę napisać, że jest to płyta zła, czy słaba. Nie. Mimo wyżej wymienionych zarzutów stwierdzam, że jest to płyta dobra, ale niestety daleko jej do rewelacyjnej. Na pewno inna od tego, co prezentowało Fugazi, które przyzwyczaiło nas do świetnych utworów wywołujących przyśpieszoną pracę serca i również inna od tego, co prezentowało The Warmers. Inna, bo inny też jest rodzaj granej przez The Evens muzyki. Nowe oblicze Dischordu. The Evens. (mm) 1. Shelter Two 2. Around The Corner 3. All These Governors 4. Crude Bomb 5. Sara Lee 6. Mt. Pleasant Isn't 7. Blessed Not Lucky 8. If It's Water 9. Until They're Clear 10. On The Face Of It 11. Minding Ones Business 12. You Won't Feel A Thing Dischord, 2005
wtorek, 24 stycznia 2006
Alva Noto & Ryuichi Sakamoto - Insen
To płyta pełna melancholii i przenikającego muzykę smutku, oszczędnych dźwięków zanurzonych w zimnej i sterylnej przestrzeni. Rzecz doskonała, gdy za oknem w swe władztwo wzięła świat okrutna Królowa Śniegu. Dla tych jednak tylko śmiałków, którzy nie zlękną się artyktycznych przestrzeni duchowych. To już druga płyta, po wydanej w 2002 „Vrioon”, nagrana przez Alva Noto (aka Carsten Nicolai) oraz Ryuichi Sakamoto. Pierwszy z nich jest postacią mniej może znaną szerokiej publiczności. Niemiecki muzyk i artysta plastyk, założyciel wytwórni Noton (przemianowanej później na Raster-Noton), eksplorującej obszary eksperymentalnej elektroniki, w swych dziełach poddaje intelektualnie wyrafinowanej muzycznej konceptualizacji przestrzeń, wyobrażenia utopi, czy fragmentaryzację naszych idei (trylogia „Transrapid”, „Transvision”, „Transpray”). Sakamoto dzięki muzyce napisanej do takich filmów, jak „Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence”, „Mały Budda”, „Love is the Devil. Szkic do portretu Francisa Bacona”, „Femme Fatale”, czy „Appleseed”, by wymienić tylko te bardziej znane, zapadł dobrze w naszą pamięć. Proszę jednak nie ulegać złudzeniu, muzyka filmowa potrafi być wymagająca, absorbująca i ambitna. Przykładem niech będzie soundtrack Sakamoto do filmu „Derrida”. Tej muzyce potrzeba ciszy: tej wewnętrznej, aby poddać się jej drżącemu pięknu, i tej zewnętrznej, aby nie uronić najdrobniejszego dźwięku. Przesycona mikrodźwiękami, koronkową elektroniką, trzaskami, szmerami, często pulsująca subtelnym, zmysłowym rytmem („Aurora”). Wszystko to oplata pojedyncze dźwięki fortepianu. Zderzenie tych dwóch światów – akustycznego i elektronicznego początkowo dezorientuje, budzi pytanie, czy pasują one do siebie. Być może warto byłoby pójść dalej i zapytać się, czy z tej płyty nie dałoby się zrobić dwóch? Jedną akustyczną, na sam fortepian, drugą z elektroniką? Ma się czasami wrażenie, że Alva Noto i Ryuichi Sakamoto grają nie tyle razem, co obok siebie. Wydaje się też, że ta elektronika, którą odbierać można jako pewne tło dla wiodącego tutaj fortepianu jest pewnym nadmiarem, że jest jej momentami trochę za dużo. Efekt takiego zabiegu musiałby być w swym minimalizmie porażający. Jednak nie, owa całość jest co najmniej spójna, a momentami zdumiewa swą jednością. Jak w utworze „Logic Moon”, gdzie elektronika jest przedłużeniem fortepianu, echem multiplikującym jego prosty, surowy dźwięk. (k.k.) 1. Aurora Raster-Noton, 2005
piątek, 13 stycznia 2006
French Toast - In A Cave
Płyta In A Cave duetu French Toast, to jeden z lepszych debiutów i albumów w muzyce gitarowej w 2005 roku. Choć muzycy, którzy udzielają się w tym projekcie niewątpliwie do debiutantów nie mogą się zaliczać. Dlaczego? Ano, dlatego, iż James Canty i Jerry Busher to bardziej znane persony w Waszyngtonie i nie tylko, a to za sprawą zespołów, w których się udzielali i tworzyli. James Canty tworzył otoczoną kultem i legendą formacje Nation Of Ulysses, która istniała w latach 1988-1992, gdzie grał na perkusji oraz rewelacje ostatnich lat grupę Make-Up (istniejącą w latach 1995-2000), w której to udzielał się jako gitarzysta, wokalista, a także obsługiwał organy. Natomiast, Jerry Busher grał na perkusji w Fidelity Jones, którego twórczość przypadła na lata 1988 – 1990, jak również wspomagał jako drugi perkusista Fugazi. Tyle historii. Muzyczna przeszłość obu panów miała niewątpliwie wpływ na muzykę, która znalazła się na płycie In A Cave. Jednak na pewno nie jest to kopiowanie tego, co tworzyli w przeszłości, natomiast kreatywne rozwinięcie muzyki gitarowej. Począwszy od pierwszego numeru a skończywszy na ostatnim. Gitara, bass, perkusja, keyboard, piano obaj grają na tych instrumentach, wykorzystują je umiejętnie i sprawnie tworząc świetny klimat. Jest to płyta, która zawiera mnóstwo pomysłów, które są konsekwentnie realizowane w trakcie jej trwania. Chociaż panowie penetrują różne muzyczne rejony od muzyki garażowej, punk dub, pop, nowej fali, ale z takim melodyjnym sznytem, to faktem jest, że nie ma tutaj żadnych muzycznych rewolucji. Jest natomiast rewelacyjne połączenie kilku estetyk, które powodują, że mamy do czynienia z istnym przebojowym gejzerem. Jednocześnie, co wielką sztuką jest muzyka French Toast jest rozpoznawalna. W muzyce tego duetu pociągają mnie takie elementy, jak szczerość, odrobina szaleństwa, melodia i punkowa energia, bo wszystkie one łączą się ze sobą, w tym miejmy nadzieje nie epizodzie, którego głównym bohaterem jest French Toast. (mm) 1. Float Away Dischord, 2005
czwartek, 29 grudnia 2005
Enon - Lost Marbles And Exploded Evidence
Nowojorska grupa Enon konsekwentnie kroczy własną ścieżką, na której drodze postawiła sobie prawdopodobnie za główny cel w pasowanie się w nurt muzyki popularnej, przy jednoczesnym cynicznym i nieco kpiarskim spojrzeniu na zjawisko zwane popem, jak również na kulturę masową. Co najważniejsze na razie się jej to udaje, czego przykładem może być kolejne wydawnictwo zatytułowane „Lost Marbles And Exploded Evidence”. Mimo, że zbiór nagrań znajdujący się na tej płycie został zebrany z kilku lat działalności grupy, bo z okresu 1998-2004, co może sugerować nie do końca równy poziom (zna historia takie nieudane składanki), to jednak utwory zawarte tutaj bronią się i wypadają, według mnie o wiele ciekawiej, aniżeli te znajdujące się na ostatniej płycie „Hocus-Pocus”. Utwory zawarte na „Lost Marbles” ukazywały się nakładem takich wytwórni jak Sub Pop, Troubleman Unlimited, Frenchkiss, Do Tell i inne, głównie na winylowych siedmiocalowych czarnych krążkach. Tak, więc zebranie i wydanie tych nagrań na jednej płycie dobrym pomysłem jest. Za stronę graficzną tego wydawnictwa odpowiedzialny jest Tim Harrington, wokalista, Les Savy Fav, który już wcześniej projektował dla grupy okładki, np.: do epki „Starcastic”, czy też albumu „Hocus-Pocus”. Obecnie trzon zespołu stanowią Toko Yasuda (vocal, bass, sampler, synth), która wcześniej udzielała się w Blonde Redhead, The Lapse, John Schmersal (vocal, guitar, sampler, synth) rewelacyjny Brainiac i Matt Schulz (drums), który udzielał się w The Lab Partners. We wczesnym okresie działalności zespół wspierał Rick Lee (sampler, synth, bass) i Steve Calhoon (percussion). Najwięcej utworów na tej płycie pochodzi z okresu, kiedy pełnoprawnym członkiem grupy był, Rick Lee, no i trzeba przyznać, że osoba Rick’a dodawała dużego blasku muzyce zespołu. Twórczość grupy ma dwa oblicza, z jednej strony jest to gitarowe granie czerpiące inspiracje ze spuścizny muzyki gitarowej lat 90-tych (czego przykładem może być płyta „High Society”), natomiast z drugiej strony jest to elektronika o lekko tanecznym charakterze. Na „Lost Marbles” przeważa ta druga strona, czyli mamy do czynienia z elektroniką generowaną przez syntezatory i sampling. W muzyce Enon jest wszystko, co może powodować, że utwory mogą otrzymać miano przebojów. Od lekkości melodii, po zaskakujące pomysły i rozwiązania rytmiczne przy jednoczesnym zachowaniu własnego stylu. Tak właśnie jest na ostatnim wydawnictwie Enon. Świetne kompozycje urozmaicane śpiewem Toko Yasudy, jak również Johna Schmersala. Nie do końca jest jednak tak lekko i anielsko. Ostatni utwór na tej płycie „Party Favour” ma mocniejszy charakter i w porównaniu z innymi kompozycjami wypada niczym psychodeliczny walec. Określenie, które najczęściej pojawia się w recenzjach muzyki tego zespołu to ambitny pop i niech tak zostanie. Czekam na kolejne wydawnictwa zespołu. Do płyty dołączony jest również płyta DVD z fragmentami koncertów, jak również teledyskami i „scenami z życia codziennego” Enon. (mm) 1. Knock That Door 2. The Nightmare Of Atomic Men 3. Adalania (Not So Fair) 4. Drowning Appointments 5. Normal Is Happening 6. Grain Of Assault 7. Genie's Got Her Bag 8. Kanon 9. Blow Infinite Ways 10. Tilt You Up! 11. Marbles Explode 12. Raisin Heart 13. Evidence 14. Fly South 15. Making Merry! Merry! 16. Party Favor Touch and Go, 2005
wtorek, 13 grudnia 2005
Jacques Coursil - Minimal Brass
Jacques Coursil urodził się we Francji, choć jego rodzice pochodzili z Martyniki. Po ukończeniu szkoły średniej, wyjechał do Stanów Zjednoczonych, by tam pod okiem Jaki Byarda (pianisty, ale także saksofonisty i trębacza) oraz Sunny Murray'a (perkusisty) pobierać nauki muzyczne. Przypada to na lata 60., złote lata free-jazzu. Coursil bierze udział w kilku sesjach nagraniowych, koncertuje, a także nagrywa dwie firmowane jego nazwiskiem ep-ki: "Black Suite" (m.in. z Anthony Braxtonem, Burtonem Greenem) oraz "Way Ahead". Obie z roku 1969. Póżniej Coursil milknie i nic więcej nie nagrywa, chociaż koncertuje w Nowym Jorku i jego okolicach. Po jednym z takich koncertów swojego "pana od francuskiego" młody John Zorn postanawia zająć się muzyką. Można Zorna nie lubić, mieć go za hochsztaplera, lecz jedno jest pewne: bez niego świat muzyki nie wyglądałby tak samo. I prawdą jest to zarówno w odniesieniu do jego roli jako muzyka i jako "animatora": wydawcy, czy inicjatora wielu muzycznych przedsięwzięć. Podobnież to namowom Zorna zawdzięczamy to, że Coursil postanawia przerwać muzyczne milczenie i nagrać "Minimal Brass". Minęło szmat czasu, bo 35 lat. W trakcie których Coursil poświęcił się innej swej pasji - językoznawstwu, filozofii, literaturze francuskiej, czy temu co nazywa się post-colonial studies. Pamiętajmy, że jego rodzice pochodzą z francuskiej kolonii - Martyniki. Na tamtejszym uniwersytecie przez jakiś czas wykładał. Obecnie jest visiting professor w Cornel University, w USA. Na pierwszy rzut ucha na „Minimal Brass” znajdujemy zagrane na muzycznym tle solówki wygrywane na trąbce. Otwierające właśnie pierwszy utwór dźwięki samotnej trąbki, do której później się "coś" dołącza, zdaje się narzucać taki właśnie odbiór tej płyty. Ale byłoby to słuchanie tylko jednym uchem. Na tej płycie nie ma uprzywilejowanych dźwięków, nie ma dźwięków bardziej wysuniętych i tych spełniających jedynie rolę tła. Wszystkie one są jednakowo ważne i wszystkie składają się na tę niesamowitą całość. Niesamowitą jak sądzę dlatego, że łączy w sobie pewne przeciwieństwa. Napełnia spokojem, nieśpiesznie jest zagrana, lecz jednocześnie pełna jest takich rozedrganych, niepokojących dźwięków. Jest to płyta też melodyjna, choć dziwnym sposobem melodii na niej jak na lekarstwo. Muzyka na niej zdaje się być całością, monolitem, a jednak pozwala na odkrywanie coraz to głębszych warstw. Jest prosta, a jednocześnie nadzwyczaj złożona. Tytuł nadany tej płycie zaiste jest przewrotny! Ba!, w całości zagrana jest tylko na trąbce. To zdumiewające, co człowiek wyposażony w taki wydawać by się mogło niepozorny instrument potrafi wyczarować. Dla wielu zastępów muzyków z pełnym instrumentarium efekt pewnie nie do osiągnięcia. 1. Fanfares for a Poet: First Fanfare Tzadik, 2005 |